Problem z dziennikarstwem [Komentarz + wywiad z dziekanem WDIB prof. Januszem Adamowskim]

Grudzień 21, 2017 / 4 / Marcin Sonnenberg

Autor: Marcin Sonnenberg

kontakt: marcin.sonnenberg@wariograf.org

Dziennikarstwo jest w kryzysie – to teza, którą od lat powtarzają eksperci i sami dziennikarze. Nigdzie jednak objawów – i być może również przyczyn – tego kryzysu nie widać lepiej, niż na studiach dziennikarskich na Uniwersytecie Warszawskim, prowadzonych często przez tych samych ekspertów, którzy boleją nad upadkiem mediów.

W 2016 roku na antenie TOK FM w rozmowie Piotra Maślaka z profesorem Januszem Adamowskim, wybitnym polskim medioznawcą, ten drugi nie bał się mocnych słów.

Widzę, że ci dobrzy dziennikarze są w ramach tzw. polityki oszczędnościowej wywalani na bruk a w zamian za to przyjmuje się dwóch, trzech nie najlepszej jakości,(…) ale tańszych – mówił.

Podkreślał, że odpływ pieniędzy od dziennikarstwa, związany przede wszystkim z kryzysem prasy papierowej, powoduje nieubłagalny spadek jego jakości. Jak zauważał, idzie za tym zanik prasy regionalnej, skupienie się na silnie spolaryzowanej publicystyce kosztem informacji, zatarcie granic między dziennikarstwem a polityką i wewnętrzne rozbicie środowiska dziennikarskiego.

Profesor Adamowski w podobnym tonie wypowiadał się już wcześniej, np. w wywiadzie z 2014 roku dla magazynu „Nowy Folder” zwracał uwagę na „dramatycznie spadającą jakość mediów i amatorszczyznę wśród dziennikarzy”:

Widać, że wiadomości są przygotowywane szybko. To pewnie wina naciskających właścicieli mediów, ale dziennikarz nie do końca powinien się im poddawać. Takie procesy powodują, że nawet poważne instytucje medialne schlebiają przeciętnemu – jeżeli chodzi o zdolności intelektualne – odbiorcy. Z pewnością jest to również efekt słabego przygotowania dziennikarzy do zawodu.

Jeśli jednak ktoś wie wszystko o tym, jak prezentuje się przygotowywanie przyszłych dziennikarzy do zawodu, tym kimś bez wątpienia jest właśnie profesor Adamowski – ponieważ jest on również dziekanem Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii („WDIB”). Wcześniej pełnił przez dwie kadencje (czyli w sumie osiem lat) funkcję dziekana Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych, który w 2016 roku przeszedł daleko idącą reorganizację – Instytut Dziennikarstwa wydzielono i wraz z Instytutem Informacji Naukowej i Studiów Bibliologicznych (funkcjonującym wcześniej w ramach Wydziału Historycznego) połączono w Wydział Dziennikarstwa, Informatologii i Bibliologii. Utworzenie nowego wydziału pozwoliło Adamowskiemu na niejako „ominięcie” limitu dwóch kadencji. Jeszcze wcześniej Adamowski, również przez osiem lat, pracował jako dyrektor Instytutu Dziennikarstwa. Nie jest zatem przesadą powiedzenie, że prof. Adamowski za kształcenie dziennikarzy na UW odpowiada już 17 lat.

Wydział nie narzeka na brak chętnych. Hasło „dziennikarstwo” rzeczywiście zdaje się przyciągać studentów, nie tylko na UW. Według danych GUS w latach 2002-2014 liczba absolwentów kierunków z grupy „dziennikarstwo i informacja” wzrosła trzykrotnie. Jak podaje strona Wydziału, kształci się tam niemal 2600 osób. Kierunek „Dziennikarstwo i medioznawstwo, specjalność dziennikarstwo” (potocznie zwany po prostu „dziennikarstwem” – w jego ramach studenci mogą od drugiego roku wybrać jedną ze specjalizacji – radiową, telewizyjną, prasową, multimedialną lub on-line) w tym roku znalazł się w czołówce kierunków prowadzonych przez Uniwersytet Warszawski jeśli chodzi o liczbę kandydatów na jedno miejsce (w rekrutacji 2016/2017 zajął wysoką, 16 pozycję ze współczynnikiem 6,87; w klasyfikacji bezkonkurencyjny okazał się wówczas „siostrzany” kierunek – „Dziennikarstwo i medioznawstwo, specjalność public relations i marketing medialny” ze współczynnikiem 21,8).

Jego wyniki finansowe również wydają się niezłe. Jak czytamy w sprawozdaniu rektora za 2016 rok: „w 2016 roku najwyższymi przychodami własnymi dysponowały wydziały: Prawa i Administracji, Zarządzania, Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych łącznie z Wydziałem Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii (dawny Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych). Ich udział w przychodach własnych wydziałów wyniósł 56,9%”.

Wydział dysponuje dodatkowo wspaniałym, świeżo odrestaurowanym klasycystycznym budynkem dawnych Łaźni Teodozji Majewskiej.

Czy jednak znaczy to, że sprawy idą w dobrym kierunku, a mury Uniwersytetu Warszawskiego opuszczają absolwenci gotowi zmierzyć się z trudnymi warunkami, w których musi poruszać się współczesne dziennikarstwo?

Zdecydowanie nie – mówią mi studenci i absolwenci dziennikarstwa.

Patryk Michalski, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego na kierunku studiów I stopnia „Dziennikarstwo i medioznawstwo”, obecnie członek redakcji RMF FM, przedstawia mi problem następująco:

W redakcjach spotyka się niewielu absolwentów dziennikarstwa w ogóle – doświadczeni dziennikarze niespecjalnie też cenią sobie takie wykształcenie. Jeśli podczas rozmowy kwalifikacyjnej na pytanie „Czy masz jakieś studia?” odpowiesz „Tak, dziennikarskie”, w jednej z ogólnopolskich redakcji usłyszysz: „Aha, czyli nie masz studiów”.

Studia dziennikarskie na UW bynajmniej nie są chlubnym wyjątkiem na mapie kształcenia dziennikarzy. Słaby poziom dydaktyki, brak wartościowych inicjatyw związanych z dziennikarstwem, niedostatek zajęć prowadzonych przez praktyków – to wątki, które regularnie przewijały się w wypowiedziach studentów, z którymi rozmawiałem.

Te studia w ogóle nie spełniają moich oczekiwań. Żałuję, ze je wybrałem. Przed tym jak się dostałem czytałem, że to świetny kierunek, który otwiera nowe możliwości. Niestety tak nie jest. Instytut Dziennikarstwa zatrzymał się jakieś 30 lat temu. Uczą jakichś starych schematów, których już nikt nie używa. Kiedy poszedłem do redakcji bylem w szoku, że nikt nas takich rzeczy nie uczy. W telewizji nauczyłem się więcej przez 3 miesiące niż tu przez 2 lata – mówi mi jeden z obecnych studentów, który pragnął pozostać anonimowy. Studia łączy z pracą w dużej stacji telewizyjnej.

Mimo że w ogólnopolskich mediach dziekan często wyraża zatroskanie kondycją dziennikarstwa w Polsce, wydaje się, że sama praktyka dziennikarska nie odgrywa pierwszych skrzypiec na wydziale, którym kieruje.

Jak twierdzi wielu studentów WDIB, na „dziennikarstwie i medioznawstwie” nacisk kładzie się przede wszystkim na tę drugą dziedzinę:

Wykładowcami często są teoretycy, którzy być może dobrze kształcą medioznawców, ale nie dziennikarzy – przynaje Patryk Michalski.

Gdy w ubiegłym roku w oficjalnej gazecie UW ukazał się artykuł „Fuzja Instytutów”, zapowiadający rychłe powstanie WDIB, rozkład akcentów w przytaczanej przez autorów tekstu wypowiedzi dziekana Adamowskiego był znaczący:

Powstanie tego wydziału jest jak najbardziej uzasadnione merytorycznie, mimo że budzi różne reakcje. Od 2011 roku istnieje nowa dyscyplina naukowa, czyli nauki o mediach. Od stycznia tego roku Uniwersytet Warszawski jako jedyna uczelnia w Polsce dysponuje uprawnieniami habilitacyjnymi w tej dziedzinie. To wyraźnie podkreśla odrębność Instytutu Dziennikarstwa w dotychczasowej strukturze.

Niektórzy studenci twierdzą, że skupienie sie na medioznawstwie może wynikać raczej ze słabości kadry prowadzącej zajęcia praktyczne, niż ze świadomej polityki Wydziału:

Gdyby przejrzeć nasz plan, to mogłoby się okazać, że mniej jest zajęć „medioznawczych” niż „dziennikarskich”, jednak można dyskutować, czy te “dziennikarskie” są wartościowe – twierdzi jedna ze studentek. – Problemem jest brak autorytetów.

Nie wiem czy za słaby poziom winić Wydział czy raczej wykładowców – przyznaje inna. Również wspomina o braku autorytetów:

Mam wrażenie, że nieodpowiedni ludzie biorą się za prowadzenie niektórych inicjatyw. Jeśli prowadziłby to ktoś inny, z większym polotem i dynamiką, to naprawdę mogłoby być dobrze.

Z „dziennikarskich” specjalizacji, które studenci mogą wybrać na drugim roku studiów I stopnia, dobrą opinią cieszy się jedynie specjalizacja radiowa. Ale choć nadające na terenie Warszawy uniwersyteckie Radio Kampus to dość prężnie działająca stacja i pozytywnie wyróżnia się wśród inicjatyw Wydziału, ze specjalizacją związane jest dość luźno, a materiały tworzone w ramach zajęć rzadko trafiają na antenę. Gorzej jest ze specjalizacją telewizyjną, choć możliwość praktycznych zajęć do pewnego stopnia daje studentom telewizja internetowa Uniwerek TV. Zdecydowanie najgorsze opinie usłyszeć można o specjalizacji multimedialnej:

Specjalizacja multimedialna to głównie oglądanie na zajęciach filmów dokumentalnych. Nie mieliśmy żadnych zajęć z researchu, na naukę montażu przeznaczono tak naprawdę dwa zajęcia. W zeszłym semestrze tworzyliśmy prezentacje w PowerPoincie… W sumie nie wiem, czy gdybym poszła teraz do jakiegoś portalu internetowego to czy umiałabym przygotować jakikolwiek materiał nadający się do wypuszczenia – opowiada jedna ze studentek.

Kiedy wysyłam jej kilka reportaży multimedialnych zrobionych przez „Gazetę Wyborczą” i pytam, czy zdobyła umiejętności potrzebne do pracy nad tego typu materiałem, odpowiada:

Znam te reportaże, ale nie miałabym pojęcia jak się do tego zabrać i od czego zacząć od strony technicznej.

Niewiele lepsze opinie słyszę o specjalizacji prasowej. Studenci tej specjalizacji raczej nie mają okazji praktykować na UW – de facto nie istnieje żadna gazeta wydawana przez Wydział. Z danych z katalogu Bibliotekii Uniwersyteckiej wynika, że ostatnie papierowe egzemplarze „PDF – pisma warsztatowego Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego” – wydane zostały w 2014 roku. Udało się wówczas stworzyć zaledwie trzy numery, podobnie jak rok wcześniej. Obecnie pismo próbuje reaktywować się w sieci, jednak bez większych sukcesów.

Specjalizacja prasowa dała nam możliwość pracy z kilkoma profesjonalistami, ale także z osobami niedostatecznie kompetentnymi i zdyscyplinowanymi do kształcenia dziennikarzy na najlepszej uczelni w kraju – słyszę od jednej ze studentek. Podkreśla, że najwięcej wyniosła z zajęć prowadzonych przez dr Monikę Kożdoń-Dębęcką, byłą dziennikarkę m.in. „Informacji” Polsatu czy „Panoramy” TVP, jednego z niewielu praktyków na Wydziale.

Kiedyś powiedziałem jednemu z prowadzących to, że niczego nas nie uczą. Później regularnie wytykał przy całej grupie moje błędy. Wydawało mi się, że robił to za karę – opowiada inny student.

Tymczasem medioznawstwo kwitnie, przede wszystkim za sprawą działalności funkcjonującego na Wydziale Laboratorium Badań Medioznawczych, którego sukces przetarł drogę do stworzenia nowej specjalizacji o nazwie „analityk mediów”.

Dopiero Laboratorium Badań Medioznawczych nadało sens moim studiom na tym wydziale – twierdzi jedna ze studentek.

Jeśli porównać jakość innych inicjatyw na Wydziale do działalności Laboratorium Badań Medioznawczych, różnica jest kolosalna – twierdzi inna.

Część studentów w rozmowach ze mną z pewną rezygnacją przyznaje, że nie wierzą, aby dziennikarstwa można było nauczyć się na uczelni i student od pierwszego roku powinien skupić się przede wszystkim na stażach i pracy w „prawdziwych” mediach. Niektórzy dodają, że tego typu poglądy wygłaszają również ich prowadzący.

Rzeczywiście można odnieść wrażenie, że WDIB dość obojętnie podchodzi do tematów związanych z praktyką dziennikarską. Zakładki „Prace studentów” na stronach WDIB już od niemal roku pozostają w zasadzie puste. Pytam Patryka Michalskiego, który pracę w RMF FM łączy z uczestnictwem w kolektywie dziennikarskim „Reporterzy Samozwańcy” (nagrywali m.in. reportaże wideo o „rewolucji internetowej” na Kubie) o to, czy Wydział wykazywał kiedyś zainteresowanie ich aktywnością.

Wydaje mi się, że raz jako „Reporterzy” gościliśmy na spotkaniu pewnego koła naukowego. Byliśmy też w składzie jury konkursu reporterskiego „Widoki”. Ale te zaproszenia wychodziły od studentów albo od samorządu – mówi.

Czy to prawda, że dziennikarstwa nie da się nauczyć w uniwersyteckich murach? Kontrprzykładem wydają się jedne z najlepszych studiów dziennikarskich na świecie, prowadzone przez amerykańskie University of Columbia. Wystarczy spojrzeć na zakładkę „Student Work” na stronie internetowej kierunku, gdzie przedstawione są prace studentów. Wiele z nich to projekty grupowe, stworzone w ramach zajęć – np. sześciomiesięczne dziennikarskie śledztwo dotyczące funkcjonowania praktycznie nieuregulowanej branży statków wycieczkowych, przedstawione w formie multimedialnego reportażu. Wielu dydaktyków stamtąd dysponuje jedynie odpowiednikiem polskiego tytułu magistra. Funkcję dziekana ex officio sprawuje Steve Coll, dwukrotny zdobywca Pulitzera, posiadający jedynie tytuł bachelor of arts (tytuł ten nie posiada dokładnego polskiego odpowiednia, w zależności od kierunku może być porównany zarówno do tytułu licencjata, jak i magistra). Wśród nauczycieli same znane nazwiska – Walt Bogdanich, reporter New York Timesa, a wcześniej słynnego 60 minutes (również ma na swoim koncie Pulitzera); Sheila Coronel, założycielka Philippine Center for Investigative Journalism czy Giannina Segnini, mająca istotny wkład w działalność International Consortium of Investigative Journalists (ICIJ). Pod jej kierunkiem studenci Columbii brali udział w głośnym śledztwie Panama Papers.

Trzeba przyznać, że porównywanie studiów dziennikarskich na Columbii czy innych amerykańskich uniwersytetach do tych na UW nie jest fair – wystarczy wspomnieć, że rok studiów na Columbii to wydatek rzędu 70 tys. dolarów, studia zaoczne na WDIB kosztują zaś 6 tys. złotych rocznie. Jednak sam sposób, w jaki UW strukturyzuje swoje studia dziennikarskie, budzi zastrzeżenia osób pracujących w mediach. Beata Biel, dziennikarka TVN, zdobywczyni Grand Pressa i była specjalistka ds. szkolenia mediów w Google News Lab jest zdania, że podział na dziennikarstwo prasowe, telewizyjne itd. w dzisiejszym krajobrazie medialnym traci sens:

Nie wyobrażam sobie na przykład, żeby dziennikarz telewizyjny nie potrafił napisać depeszy prasowej albo żeby dziennikarz prasowy nie potrafił się posługiwać programami do obróbki danych. Jest pewna baza umiejętności, które są wspólne dla dziennikarzy różnych specjalności i to ich powinno się uczyć na studiach. Potem oczywiście narzędzia stają się coraz bardziej wyspecjalizowane. Na wielu uczelniach amerykańskich podziału dokonano w inny sposób – uczy się tam osobno dziennikarstwa ekonomicznego, politycznego itp., żeby studenci poza umiejętnościami praktycznymi zdobyli również wiedzę w  dziedzinie, w której chcą się specjalizować. To może być właśnie ekonomia albo prawo. Są również mniej oczywiste specjalności, np. dziennikarstwo środowiskowe. Sama kilka lat temu, podczas stypendium dziennikarskiego w USA, miałam okazję uczestniczyć w zajęciach na University of Colorado na kierunku Environmental Journalism.

Czy zatem dziennikarstwo na UW nie mogłoby choć trochę bardziej przypominać tego, które nauczane jest w Stanach? Z tym pytaniem rok temu – 9 listopada 2016 roku – udałem się do profesora Janusza Adamowskiego.

prof. Janusz Adamowski; źródło: centruminformacji.tvp.pl

Marcin Sonnenberg: Czytając wywiady z Panem można odnieść wrażenie, że jest Pan pesymistą, jeśli chodzi o przyszłość dziennikarstwa prasowego w Polsce.

prof. Janusz Adamowski: Jestem bardzo sceptyczny jeśli chodzi o przyszłość tego zawodu. Widzę jego postępujący upadek, degenerację standardów i roli społecznej oraz pozycji dziennikarzy. Z czysto profesjonalnego punktu widzenia mogę też powiedzieć, że wielu byle jakich ludzi dostaje się do tej profesji.

Jak to się dzieje?

Spontanicznie. To nie jest tak, że jestem zwolennikiem daleko idących regulacji, ale jednak powinny istnieć jakieś „śluzy” – ludzi wątpliwych moralnie, etycznie powinno się z kręgu dziennikarzy eliminować. Środowisko powinno też się samo oczyszczać. Tymczasem widzę jak łatwo w Polsce przechodzi się z zawodu dziennikarskiego do polityki, a potem wraca. W Stanach Zjednoczonych tak nie jest. Dla człowieka, który opuści korporację dziennikarską i pójdzie do polityki, powrót jest tam bardzo trudny, jeśli nie niemożliwy. Podupadły u nas związki dziennikarskie – jest ich tak dużo, że właściwie nie dyponują już żadnymi wpływami. Wszędzie tam gdzie istnieje silny związek dziennikarski, istnieją też pewne – w pozytywnym sensie – bariery w dostępie do tego zawodu, a pracodawcy i władza muszą z taką instytucją się liczyć. Tak jest na przykład w Danii. Jest to z korzyścią dla wszystkich stron.

W wywiadzie z 2014 roku powiedział Pan, że za kryzys dziennikarstwa odpowiada również „słabe przygotowanie dziennikarzy do zawodu”. Jako dziekan Wydziału Dziennikarstwa, jak Pan postrzega to przygotowywanie do zawodu?

Chcę zaznaczyć, że bynajmniej nie jesteśmy monopolistą w dostarczaniu kadry dziennikarskiej – mówię to żalem, bo uważam że na Uniwersytecie Warszawskim przygotowuje się do tego zawodu stosunkowo nieźle. Jednak obserwuję często różne pseudo-naukowe przedsięwzięcia, które stosują hasło „dziennikarstwo” jako pewnego rodzaju wabik na studentów, który szybko okazuje się wydmuszką – rusycysta uczy prawa prasowego, polonista albo historyk uczy etyki dziennikarskiej i tak dalej i tak dalej. Oszukuje się w ten sposób ludzi, oferując im produkt, który jest niepełnowartościowy.

Ma Pan na myśli głownie uczelnie prywatne?

Nie tylko – uważam, że dotyczy to w dużym stopniu również niektórych uczelni państwowych, choć wolałbym nie wymieniać ich nazw.

Chciałbym wrócić do UW. Główny „dziennikarski” kierunek na Wydziale nosi nazwę „dziennikarstwo i medioznawstwo”. „Nauki o mediach” zyskały w roku 2011 status dyscypliny naukowej, co oznacza, że stało się możliwe nadawanie w tym zakresie stopni naukowych doktora i doktora habilitowanego. Uniwersytet Warszawski jest obecnie jedyną uczelnią w Polsce posiadającą uprawnienia do prowadzenia tego rodzaju postępowań habilitacyjnych. Dziennikarstwo wydaje się być dziedziną dość odlegą od nauki o mediach – jest raczej pewną umiejętnością praktyczną, podczas gdy medioznawstwo ma klasycznie akademicki charakter. Na którą dziedzinę Pana zdaniem kładzie się na UW większy nacisk?

W większości Państw Europy Zachodniej istnieją dwa rodzaje szkół dziennikarskich – naukowe oraz zawodowe, które często tworzone są przez wydawnictwa prasowe, koncerny medialne czy stowarzyszenia dziennikarskie. Tymczasem my czujemy silny nacisk – przede wszystkim ze strony ludzi, którzy przychodzą tu studiować – żebyśmy łączyli funkcję instytucji naukowej z instytucją praktycznie przygotowującą do wykonywania zawodu. Działamy zatem według koncepcji, zgodnie z którą studia I stopnia są silnie „uzawodowione”, zaś studia II stopnia przygotowują do kariery naukowej i przejścia na stopień studiów doktoranckich. Dlatego mamy np. pracownie radiowe i telewizyjne – od zawsze zdaję sobie sprawę, że ludzie raczej przychodzą tu być Lisami czy Olejnikami, a nie badaczami.

Ale czy zatrudnianie na uczelni praktyków dziennikarstwa opłaca się pod kątem tego jak przydzielane są pieniądze dla uczelni? [Rozmowa odbyła się niedługo przed wprowadzeniem zmian w algorytmie określającym sposób rozdzielania ministerialnej dostacji pomiędzy poszczególne uniwersytety. UW następnie dzieli otrzymane pieniądze pomiędzy poszczególne jednostki według wewnętrznego algorytmu, który jest stosunkowo podobny do algorytmu ministerialnego. Zmiany w algorytmie nie przynoszą rewolucji w zakresie opłacalności zatrudniania praktyków – przyp. aut.]. Algorytm promuje przecież zatrudnianie osób ze stopniami naukowymi. Dziennikarze nieczęsto mogą się nimi pochwalić.

W oczywisty sposób zatrudnianie osób bez stopni naukowych nie opłaca się. Jednak nie mogę patrzeć tylko na to – jeśli ludzie przychodzą tutaj nauczyć się zawodu, muszę zapewnić im odpowiednią kadrę. Boleję nad tym, że płacę tak mało – gdybym płacił więcej, przychodziliby tu lepsi ludzie. Nie mówię, że teraz przychodzą źli, ale mógłbym sięgnąć wówczas po wybitniejszych specjalistów, których czas jest o wiele droższy. Te studia w ogóle mają bardzo niską kosztochłonność [„Współczynniki kosztochłonności”, przewidziane w ministerialnym algorytmie, mają odzwierciedlać różnice w kosztach kształcenia, jakie ponoszą jednostki kształcąc w różnych dziedzinach i sprawiać, że kierunki, które wymagają ze swojej natury większych nakładów finansowych, dostaną więcej pieniędzy na jednego studenta/doktoranta. Z tego powodu kierunki ścisłe z reguły mogą pochwalić się wyższą kosztochłonnością niż kierunki humanistyczne czy społeczne. Kosztochłonność jest jednak ustalana arbitralnie przez ministra i liczby często nie odpowiadają rzeczywistości – przyp. aut.], nikt nie bierze pod uwagę tego, jak współczesne studia dziennikarskie powinny być naszpikowane techniką. Kosztochłonność dla kierunku „Dziennikarstwo i komunikacja społeczna” [dawniej główny kierunek dziennikarski na UW, dziś prowadzony wyłącznie jako studia zaoczne i wieczorowe – przyp. aut.] została ustalona na poziomie 1,0, czyli minimalnym. Dzięki temu, że stworzyliśmy „Dziennikarstwo i medioznawstwo” udało nam się uzyskać większy współczynnik – 1,3. Dlatego medioznawstwo w obecnym stanie po prostu się opłaca.

W wywiadzie z 2014 roku mówi Pan, że na UW „studenci mają szansę spotkać się z praktykami, odbywać staże w mediach”. Na liście pracowników Wydziału doszukałem się zaledwie kilku praktyków.

Na tej liście figurują tylko pracownicy etatowi, zatrudniamy dużo więcej praktyków na podstawie umów o zlecenie.

Jednak jeśli spojrzy się na kadry w takich miejscach jak np. Columbia School of Journalism, czuje się zazdrość – są tam zdobywcy Pulitzera, ludzie odpowiadający za globalne śledztwa dziennikarskie. Wiadomo, że to trochę inna liga, ale przecież w Polsce też są ludzie, którzy zawodowo zajmują się dziennikarstwem na wysokim poziomie, dlaczego nie ma ich na UW? Z moich rozmów ze studentami, przede wszystkim studentami specjalizacji multimedialnej i prasowej, wynika, że studia dziennikarskie na UW są dla nich rozczarowaniem – nie czują, żeby pracowali z odpowiednimi ludźmi i nie czują, żeby zdobywali praktyczne umiejętności, a zajęcia takie jak np. robienie prezentacji w PowerPoincie na specjalizacji multimedialnej uważają za żenujące. Dlaczego tak jest?

Pierwszym, podstawowym i być może jedynym powodem są pieniądze. W zasadzie nie dostaję ani złotówki z dotacji budżetowej na zatrudnianie praktyków. Żaden wybitny specjalista nie przyjdzie pracować tu za 57 złotych za godzinę, już prędzej pójdzie sobie na jakąś obfitą chałturę czy celebrycki występ, gdzie dostanie stawkę dziesięciokrotnie większą. Oczywiście, zdarzają się czasem ludzie, którzy z powodu prestiżu Uniwersytetu skłonni są tu przyjść pracować za małe pieniądze i mieliśmy takie przypadki, choć nie będę wymieniał nazwisk. Ci ludzie z kolei odchodzili rozczarowani poziomiem, jaki reprezentują studenci. Zadawali dużo do czytania i pisania i kończyło się to tym, że w ich grupach zostawało pięciu studentów, a reszta pierzchała i szukała prowadzących, którzy mieli dużo mniejsze wymagania. Przez to odeszło od nas dwóch wybitnych reporterów i jeden wybitny publicysta ekonomiczny. Przez to – i przez różnicę w czesnym – nie jesteśmy Columbią. Może natomiast nas Pan porównywać ze szkołami francuskimi, gdzie poziom wynagrodzeń jest – relatywnie rzecz biorąc – podobny. Je zostawiamy daleko z tyłu.

Czy jednak dziennikarstwo prasowe i multimedialne nie jest traktowane na UW po macoszemu?

Dziennikarstwo prasowe i multimedialne na pewno było zaniedbane trochę w ostatnich latach, ze względu na to, że w dawnym Instytucie Dziennikarstwa w pewnym momencie zaczęto bardziej stawiać na projekty badawcze. Posłuchano w tym względzie władz rektorskich, które ogłosiły, że UW powinno stawać się uniwersytetem badawczym. Jak Pan pewnie widzi, najbardziej rozwijającą się jednostką jest Laboratorium Badań Medioznawczych, wokół którego jest skupionych wielu studentów i w które inwestuje się sporo pieniędzy. To Laboratorium docelowo ma być jednym z najnowocześniejszych w tej części Europy, a można nawet i w całej Europe. Podobnej rewitalizacji, choć może na mniejszą skalę, chcę poddać pracownię radiową, telewizyjną i pracownię fotografii prasowej, reklamowej i wydawniczej, która też ma niezły poziom. Dopiero jak wypełnię ten plan, będę mógł myśleć o innych dziedzinach. Proszę pamiętać, że Wydział Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii dopiero uzyskał samodzielność, a Instytut Dziennikarstwa wcześniej funkcjonował w ramach ogromnego Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych.

Którego był Pan dziekanem.

Tak, ale przecież nie mogłem być stronniczy – miałem pod sobą aż pięć instytutów i musiałem dbać o ich harmonijny rozwój. Powiem wprost – było tak, że pieniądze z Instytutu Dziennikarstwa dokładane były do innych instytutów.

Tylko że Wydział nie ma na nawet swojej gazety.

Ale była.

„PDF”?

Tak.

Nie prezentowała najwyższego poziomu.

Brak pieniędzy.

Czyli nie należy sobie wiele obiecywać, jeśli chodzi o dziennikarstwo prasowe i multimedialne na UW?

W tym roku na pewno nie. Tak jak powiedziałem – najpierw musimy zrewitalizować bazę materialną. Tam leżą projekty. Studio telewizyjne – 658 tys. zł, radio ma podstawowych potrzeb na 159 tys. zł, pracownia fotografii na prawie 100.

Czy na Wydziale ktoś zauważa, że na obrzeżach dziennikarstwa prasowego i multimedialnego powstają zupełnie nowe dziedziny, takie jak np. dziennikarstwo danych?

Oczywiście. Dlatego Instytut Dziennikarstwa połączył się z Instytutem Informacji Naukowej, który przestawić ma się na działalność researcherską.

Czy można liczyć, że w takim razie w programach studiów znajdzie się praca z bazami danych czy programowanie?

Tak już jest.

Ale nie na studiach dziennikarskich.

To prawda, ale to dopiero początek zlewania się ze sobą dwóch instytutów, które do niedawna funkcjonowały w zupełnie innych środowiskach. Żeby poszczególne katedry mogły się wspomagać w swojej pracy, nowy wydział przyjął płaskę strukturę – pozbawioną już podziału na instytuty. Powołaliśmy specjalną komisję do spraw reformy programowej. Ale priorytetem na ten rok jest rewitalizacja – mamy mnóstwo projektów i mam nadzieję, że chociaż część wypali.

Czy zależy to od Rektora?

Staram się, aby Rektor zwolnił nas z cześci opłat, które Wydział powinien przekazywać Uniwersytetowi. Przekonuję, że to się opłaca – te pieniądze wrócą do Uniwersytetu, bo jeśli będziemy mieli lepszą bazę i lepsze programy, to przyjdą do nas lepsi studenci, bardziej zainteresowani. Ja chcę mieć jak najmniej rozczarowanych studentów.

Chciałem zadać jeszcze ostatnie pytanie. Jakiś czas temu rozesłał Pan do wszystkich studentów komunikat, aby zachęcić ich do dzielenia się z Wydziałem informacjami na temat aktywności i inicjatyw podejmowanych przez nich poza uniwersytetem [pismo przesłał mi jeden ze studentów, na co dzień pracujący w mediach – przyp. aut.]. W liście mowa o aktywności naukowej, przyznanych stypendiach, wystąpieniach na konferencjach, organizacji wydarzeń integracyjnych, hobby [„Może macie swój zespół, wydaliście płytę, jesteście gamerami z Youtube’a albo tworzycie komiksy?” – przyp. aut.]. O praktyce dziennikarskiej ani słowa.

Jesteśmy na Wydziale Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii. Nie wspominałem o rzeczach oczywistych. Chodziło mi o działania, które będą budowały pozytywny wizerunek Wydziału.

Przykro mi powiedzieć, że ludzie, którzy tutaj przychodzą, często jako dziennikarze działają wbrew interesom Wydziału. Nie pamiętają, skąd wyszli. Znam przypadki, w których ludzie, którzy byli naszymi studentami inspirowali publikacje godzące w Wydział. Brakuje lojalności wobec macierzystej jednostki. Głęboko zapadła mi w pamięć kłamliwa publikacja w „Super Expressie” kilka lat temu. Niedawno z kolei po publikacji pewnego portalu internetowego eksplodowała sprawa rzekomego pijaństwa na studenckim obozie integracyjnym. Później okazało się, że inspiratorką tej publikacji, która odbiła się dość szerokim echem, była studentka, której nie pozwolono nocować ze swoim kolegą [mowa o liście do redakcji portalu naszemiasto.pl  – przyp. aut.]. Na Uniwersytecie odbywają się tysiące różnych wartościowych inicjatyw i pies z kulawą nogą się nimi nie zainteresuje, natomiast wystarczy jeden niewybuch znaleziony na kampusie, żeby zjechali się reporterzy i fotoreporterzy z całej Warszawy.

Komentarze: 4

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *