Ćwiczenia z demokracji

Luty 24, 2016 / 1 / Marcin Sonnenberg

Dyskusja wokół wyborów rektorskich na UW zatacza coraz szersze kręgi. „Gazeta Wyborcza” napisała, że „PiS chce przejąć Uniwersytet Warszawski” i „po cichu doprowadzić do wyboru na rektora prof. Alojzego Nowaka, wykorzystując skomplikowaną procedurę”. Pracownicy naukowi, również Ci, którym politycznie daleko do PiS, śmieją się, gdy wspominam o tekście „Wyborczej”. Problem z wyborami rektorskimi na UW leży zupełnie gdzie indziej. To nie nadmiar polityki jest problemem, lecz raczej jej brak. Choć jeśli przez politykę rozumie się zakulisowe układy, to jest jej pod dostatkiem.

1.

Na stronie Uczelnianej Komisji Wyborczej link „Kandydaci na Rektora” odsyła do pustej strony.

To dlatego, że oficjalnie kandydaci zostaną wyłonieni dopiero 9 marca podczas zebrania Kolegium Elektorów Uniwersytetu Warszawskiego. Elektorzy (189 przedstawicieli samodzielnych pracowników naukowych, 63 przedstawicieli innych nauczycieli akademickich, 68 przedstawicieli studentów, 39 pracowników niebędących nauczycielami akademickimi i 5 przedstawicieli doktorantów) wrzucą do urn kartki z dwoma nazwiskami. Osoby, które zostaną wskazane przez przynajmniej 10% elektorów i wyrażą zgodę na kandydowanie, zostaną oficjalnymi kandydatami na urząd rektora UW.

Obecny rektor jako jedyny otwarcie wyraził chęć ubiegania się w nadchodzących wyborach o stanowisko. Na korytarzach wydziałów odbijają się echem nazwiska innych możliwych kandydatów – Marka Wąsowicza, byłego prorektora, kierownika katedry Powszechnej Historii Państwa i Prawa na WPiA, Dyrektora Kolegium MISH, oraz Alojzego Nowaka, byłego dziekana Wydziału Zarządzania, obecnego prorektora ds. Badań Naukowych i Współpracy. To ci sami kandydaci, którzy starali się o stanowisko cztery lata temu. Alojzy Nowak wówczas wycofał się pod koniec z kandydowania, dołączając do zespołu Marcina Pałysa jako prorektor. Niektórzy wspominają też o Annie Gizie-Poleszczuk z Instytutu Socjologii, obecnej prorektor ds. rozwoju i polityki finansowej oraz o Tadeuszu Tomaszewskim, byłym dziekanie WPiA i obecnym prorektorze ds. zasobów ludzkich i kształcenia ustawicznego, który cztery lata temu po słabym, ale przekraczającym obowiązkowe 10% wyniku w głosowaniu indykacyjnym wycofał się z wyścigu.

Tymczasem Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej, stowarzyszenie, które w maju ubiegłego roku zorganizowało symboliczną okupację budynku Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego i które od lat krytykuje przesuwanie środków strukturalnych na środki grantowe, feudalne układy na polskich uczelniach i niedofinansowanie szkolnictwa wyższego, rozpoczęło kampanię na rzecz „otwarcia wyborów rektorskich” na polskich uczelniach. Nie tylko UW bowiem czekają wybory – władza ma być ponownie wybierana na prawie połowie uczelni publicznych.

Nasz list ma na celu zmianę stanu rzeczy, w którym wybory rektorskie – choć faktycznie mające decydujące znaczenie dla wszystkich członków społeczności akademickiej – są śledzone jedynie przez garstkę zainteresowanych. Chcemy, by wszyscy, niezależnie od tego, czy są studentami, czy dziekanami wydziałów, mieli możliwość wpływu na to, co kandydat na rektora będzie uczelni oferował; by wszyscy chętni mogli zadać pytania i wystosować żądania; by wszyscy niezadowoleni ze status quo mieli szansę wyartykułować swoje potrzeby wobec samych kandydatów – czytamy w oświadczeniu KKHP. To tekst dołączony do petycji, pod którą KKHP stara się zdobyć podpisy członków społeczności akademickiej z całej Polski.

Między innymi dzięki działaniom Komitetu dyskusja wokół wyborów zatacza coraz szersze kręgi. Sprawą zainteresowała się Gazeta Wyborcza – Wojciech Karpieszuk napisał, że „PiS chce przejąć Uniwersytet Warszawski” i „po cichu doprowadzić do wyboru na rektora prof. Alojzego Nowaka, wykorzystując skomplikowaną procedurę”.

Pracownicy naukowi, również Ci, którym politycznie daleko do PiS, śmieją się, gdy wspominam o tekście „Wyborczej”. Problem z wyborami rektorskimi na UW leży zupełnie gdzie indziej. To nie nadmiar polityki jest problemem, lecz raczej jej brak. Choć jeśli przez politykę rozumie się zakulisowe układy, to jest jej pod dostatkiem.

2.

Urzędujący rektor opublikował swój program na stronie marcinpalys.pl. Do niedawna była ona niemal niemożliwa do znalezienia w wyszukiwarkach internetowych, choć istnieje co najmniej od 2012 roku. Link do niej pojawia się na dwóch innych stronach, które pisały o wyborach rektorskich cztery lata temu. W kontekście obecnej kampanii znaleźć go można w komentarzu pod postem Uniwersytetu Zaangażowanego, w komentarzu pod felietonem Gazety Stołecznej, w ostatnim numerze oficjalnej uniwersyteckiej gazety (nakład to 5,5 tys. egzemplarzy) i na Twitterze rektora. Profil na Twitterze obserwuje 107 osób.

Rektor posiada również prywatny profil na Facebooku. Co ciekawe, jego publiczna aktywność na tym portalu to przede wszystkim komentarze pod postami wstawianymi przez profil Uniwersytetu Zaangażowanego. Ma się wrażenie, że PR nie jest mocną stroną rektora Pałysa. Jedno ze zdjęć udostępnionych przez Uniwersytet Zaangażowany skomentował następująco: „Czy mogę dostać adres email tej pani, która trzyma plakat >>Kandydaci pokażcie programy<<? Wysłałbym jej wiadomość, że mój program jest (już od kilku dni) na stronie marcinpalys.pl, a także opisałem go w ostatnim numerze gazety uniwersyteckiej. Prawdopodobnie nie zauważyła :)”. Jeszcze gorzej wypadły jego zeszłoroczne wiadomości do pracowników Uniwersytetu, wystosowane po tym, jak część z nich wsparła studencki protest przeciwko zmianom w regulaminie studiów. Wielu z nich treść wiadomości odebrało jako próbę wywarcia nacisku i sugestię, że pracownicy nie bardzo rozumieją, przeciwko czemu protestują.

Na Twitterze oprócz rektora Pałysa udziela się również rzeczniczka prasowa UW, Anna Korzekwa. Kilka razy wspomniała na nim o wyborach. Obserwuje ją ok. 1200 użytkowników. Twitterowy profil „UW Aktualności” (145 obserwujących) pozostaje nieaktywny od 2013 roku.

Jak podaje strona UW, na Uniwersytecie Warszawskim studiuje 44,7 tysięcy osób. To liczba zbliżona do niemal 44 tysięcy, które polubiły oficjalny profil UW na Facebooku. Logicznym byłoby zatem informowanie o wyborach właśnie tam. Tymczasem na profilu widzimy m. in. zdjęcie rektora Pałysa, który życzy studentom udanej sesji, zachętę do przesyłania swoich zdjęć z „nocnego zakuwania w BUW-ie”, zdjęcia ośnieżonego kampusu i informacje o różnych imprezach uniwersyteckich. O wyborach ani słowa.

Urzędujący rektor nie powinien oczywiście zawłaszczać oficjalnych uniwersyteckich kanałów komunikacji dla celów swojej kampanii. Jednak przekazanie społeczności uniwersyteckiej podstawowych informacji o wyborach trudno byłoby uznać za zawłaszczanie.

3.

Polityka informacyjna samorządu studenckiego również nie prezentuje się dobrze. Teoretycznie każdy student może zgłosić swojego kandydata na elektora. Ostatecznego wyboru spośród nich dokonuje następnie Parlament Studentów UW. Informacji o wyborach elektorskich próżno jednak szukać na oficjalnej stronie internetowej samorządu. Facebookowa strona Parlamentu Studentów UW 25 stycznia udostępniła lakoniczny, bardzo formalny post Komisji Wyborczej Samorządu Studentów Uniwersytetu Warszawskiego. To samo zrobił profil Samorządu Studentów. Post Komisji informował o zarządzeniu przez nią wyborów elektorskich i streszczał odpowiednie zapisy regulaminu. Dopiero 11 lutego wieczorem, dzień przed końcem rejestracji zgłoszeń, administratorzy strony opublikowali kolejny komunikat – przypominał on o upływającym następnego dnia terminie zgłaszania kandydatów. Dwa krótkie posty to jednak zbyt mało. „(…)moglibyście szerzej informować o tym studentów i robić to w sposób nie zmuszający do przekopywania regulaminu. Idę o zakład, że informacja, która pojawiła się na tej infografice nie obeszła połowy odbiorców, bo nie wiedzą jak funkcjonują i po co są elektorzy” – czytamy w jednym z komentarzy na profilu samorządu.

Tymczasem studenci mają istotny wpływ na wybór rektora. Ich przedstawiciele stanowią 20% całego gremium elektorskiego i w praktyce często odgrywają rolę języczka u wagi. Dodatkowo studenci i doktoranci zasiadający w Kolegium Elektorów muszą zaakceptować zgłoszonego przez rektora elekta kandydata na stanowisko prorektora do spraw studenckich. Jeśli nie wyrażą zgody, kandydatura przepada.

5 lutego przed Biblioteką Uniwersytetu Warszawskiego (BUW) odbyła się studencka demonstracja, podczas której domagano się, aby potencjalni kandydaci wystąpili ze swoimi programami jeszcze przed głosowaniem indykacyjnym. Jak bowiem bez tego typu wiedzy elektorzy mają racjonalnie wskazać tych, którzy będą oficjalnie ubiegać się o fotel rektora? Demonstracja nie była zbyt liczna. Skorzystałem z okazji, żeby porozmawiać ze studentami przebywającymi w BUW. Większość nie słyszała o zbliżających się wyborach, ani o elektorach studenckich. Niektórzy nie wiedzieli nawet, kto obecnie piastuje urząd rektora.

– To jest dla wszystkich, którzy startują, dość wygodne. Jeśli niewielka część społeczności jest zaangażowana w wybory, to jest też mniej osób do przekonania. Osoby zaangażowane w wybory tworzą zamknięte środowisko, na które składają się rozpoznane grupy interesów, a kandydaci potrafią się wśród nich poruszać. Sytuacja skomplikowałaby się, gdyby w grę wchodziła cała, licząca pięćdziesiąt tysięcy osób społeczność uniwersytecka – tłumaczy Monika Helak, przedstawicielka studentów w Senacie UW, członkini KKHP i Uniwersytetu Zaangażowanego (UZ).

W rzeczywistości kandydaci na elektorów zgłaszani są nie przez szeregowych studentów, lecz przez osoby zasiadające w Parlamencie lub związane z Zarządem Samorządu Studentów (ZSS). Układanie list kandydatów to stała praktyka, podobnie jak zakulisowe układy i spory dotyczące tego, czyje nazwiska będą na nich figurować. Faktycznie konkurują ze sobą zatem nie poszczególni kandydaci, lecz samorządowe stronnictwa, przygotowujące listy. Wystarczy rzut oka na wyniki sprzed czterech i sprzed ośmiu lat, aby przekonać się, że większość elektorów zdobywała podobną ilość głosów. Niczym niezwykłym nie jest widok parlamentarzystów posiłkujących się przy zaznaczaniu nazwisk elektorów długim wykazem, który dostali wcześniej.

Do tej pory to Zarząd miał decydujący wpływ na to, na kogo zagłosują parlamentarzyści. Cztery lata temu Piotr Müller, ówczesny przewodniczący ZSS, odgrywał rolę nieformalnego lidera studenckiej części Kolegium Elektorów.  W tym roku część parlamentarzystów (w tym marszałek Parlamentu, Błażej Papiernik) przygotowała własną listę, konkurencyjną wobec kandydatów Zarządu. W kuluarach krążyły pogłoski, że Zarząd bez porozumienia z Parlamentem zaczął rozmawiać z rektorem Pałysem, a także, że szykuje się do zorganizowania za uniwersyteckie pieniądze wyjazdu do Lizbony, który, pod przykrywką szkoleń, miałby mieć charakter rekreacyjny. Za źródło plotek na temat Zarządu uznano Błażeja Papiernika, który jednak w ostatnim momencie wycofał się z projektu listy, zrażając do siebie również parlamentarzystów. Przy okazji przewodnicząca ZSS, Maja Matuszewska, odkryła, że także część osób związanych z Zarządem, np. szefowa Komisji Socjalnej, Diana Zagrodzka, włączyła się w przygotowywanie opozycyjnej wobec Zarządu listy. Sprawy te poruszane były podczas posiedzenia Parlamentu Studentów 17 lutego. Błażej Papiernik złożył wniosek o wotum zaufania, którego nie uzyskał. W konsekwencji zrezygnował ze stanowiska.

Posiedzenie 17 lutego zostało zwołane po to, aby kandydaci na elektorów przedstawili parlamentarzystom swoją wizję pracy w Kolegium. Dzień wcześniej upubliczniono szczegółowy, godzinowy plan posiedzenia, tak, aby kandydaci mogli przyjść na konkretną godzinę (według planu prezentacje miały trwać prawie dziewięć godzin). Przez spory wokół układania list wysłuchanie opóźniło się o dwie i pół godziny. Wielu kandydatów nie było na sali, gdy wzywano ich na mównicę.

– Boję się, że awantura wokół list zaszkodzi reputacji samorządu, podczas gdy na co dzień wykonujemy mnóstwo rzetelnej pracy – mówi Maja Matuszewska.

Ostatecznie jednak do 20 lutego, czyli dnia, w którym wybierano elektorów, część parlamentarzystów uzgodniła opozycyjny wobec ZSS zestaw nazwisk. Atmosfera była napięta – lista powstała w ramach układu między dwiema grupami, które wzajemnie miały poprzeć swoich kandydatów. Możliwa była sytuacja, w której jedno ze stronnictw w zaciszu kabin wyborczych złamie wcześniejsze ustalenia. Jedna z parlamentarzystek naciskała nawet, aby reprezentanci drugiej strony przesyłali jej zdjęcia wypełnionych przez siebie kart do głosowania. Układ opłacił się – kandydaci obu środowisk zostali wybrani. Tymczasem przewodnicząca ZSS do Kolegium Elektorów dostała się dopiero dzięki wyborom uzupełniającym.

Biorąc pod uwagę to, w jak małym stopniu polityka uniwersytecka interesuje studentów, nie dziwi, że do kolegium elektorów trafiają niemal wyłącznie samorządowcy lub ich znajomi – kryterium towarzyskie jest tu bardzo istotne. Choć demaskuje to iluzoryczność przepisu mówiącego o tym, że każdy może zgłosić swojego kandydata, stwarza też pewne szanse. Zwarta grupa elektorów studenckich może wymóc konkretne obietnice na osobach ubiegających się o stanowisko rektora.

Cztery lata temu elektorzy studenccy zagłosowali blokiem na Marcina Pałysa. Przedstawiciele studentów przekazali mu wówczas listę postulatów na kolejne cztery lata. Parlamentarzyści, z którymi rozmawiałem, twierdzą jednak, że większość z nich nie została zrealizowana. W tym roku kandydaci w swoich wystąpienia często podkreślali wagę tego, aby studenci na zewnątrz przemawiali jednym głosem. Kandydujący na elektora Mateusz Mrozek, przewodniczący Parlamentu Studentów RP, członek Kolegium Elektorów sprzed czterech lat, 17 lutego proponował, aby z osobą, której studenci przekażą swoje poparcie, tym razem podpisana została umowa.

4.

Rzut oka na frekwencję w ostatnich wyborach samorządowych demaskuje słabość uniwersyteckiej demokracji – Parlament posiada bardzo kruchą legitymację. Mediana frekwencji z ostatnich wyborów wyniosła 8,6%, średnia – 11,3%. Najwyższą frekwencję osiągnęły niewielkie jednostki, takie jak Instytut Hungarystyki czy Uniwersyteckie Kolegium Kształcenia Nauczycieli Języka Niemieckiego. Były też jednostki, w których frekwencja oscylowała wokół 1-2%, np. Instytut Filologii Klasycznej czy Instytut Dziennikarstwa. Parlamentarzystka reprezentująca Instytut Filologii Klasycznej wygrała wybory, otrzymując 1 (sic!) głos. Wobec takich danych mało przekonująco brzmiały słowa Marcina Pałysa, który, zapytany w grudniu przez dziennikarzy „Gazety Wyborczej” o protesty Uniwersytetu Zaangażowanego, bronił się mówiąc, że „poglądy prezentowane przez Uniwersytet Zaangażowany nie zyskały większości w Parlamencie Studentów UW”.

Jedną z jednostek, które mogły pochwalić się wyższą od przeciętej frekwencją było Kolegium Międzyobszarowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Społecznych (MISH), gdzie wyniosła ona 22,6%. Właśnie z MISH-u wywodzi się większość studentów tworzących jądro Uniwersytetu Zaanngażowanego, oddolnej inicjatywy studenckiej, która powstała w ubiegłym roku akademickim w reakcji na niekorzystne dla studentów zmiany w regulaminie studiów. Choć zmiany ostatecznie nie okazały się katastrofalne, sposób, w jaki zostały wprowadzone, pozostawił niesmak. To Uniwersytet Zaangażowany zorganizował niedawną manifestację pod Biblioteką Uniwersytecką. Uczestnicy domagali się większej transparentności wyborów rektorskich na UW i kampanii z prawdziwego zdarzenia. Uniwersytet Zaangażowany wydaje się jednak cieniem siebie sprzed roku. Z masowej, inkluzywnej inicjatywy nie pozostało wiele. Temat zmian w regulaminie poszedł w zapomnienie. Na manifestacji przed BUW-em pojawiło się maksymalnie 80 osób. Większość z nich stanowili studenci MISH-u, Instytutu Filozofii i Instytutu Socjologii. Choć UZ długo opierał się przyklejaniu mu politycznych łatek, lewicowy charakter ruchu był przy okazji ostatniej manifestacji widoczny – w tłumie migały znaczki partii Razem, członkowie marksistowskiej Pracowniczej Demokracji rozdawali swoją gazetę przechodzącym, a sam UZ w swoich postulatach skupia się obecnie przede wszystkim na kwestiach socjalnych, takich jak brak dobrych i tanich stołówek (choć na zachodzie są one standardem), czy żłobków dla dzieci studentów i pracowników.

O ocenę przebiegu wyborów rektorskich na UW zapytałem również organizacje związane z prawą stroną sceny politycznej, Niezależne Zrzeszenie Studentów (NZS) i Młodych dla Polski (MDP). Obie organizacje wystawiły swoich kandydatów na elektorów.

Uniwersytet to przede wszystkim społeczność, więc dobrze byłoby, aby osoba wybrana na to zaszczytne stanowisko cieszyła się bardzo szerokim poparciem, od ważnych po szeregowych członków społeczności akademickiej. Niezależne Zrzeszenie Studentów UW jest zwolennikiem transparentności wyborów rektorskich  – napisał Tomasz Leś, przewodniczący NZS UW.

MDP nie odpowiedziało na moje zapytania, jednak jednym z członków organizacji jest Piotr Müller, przewodniczący Zarządu Studentów w latach 2010-2012, obecnie członek gabinetu politycznego Jarosława Gowina. Cztery lata temu, tuż przed wyborem Marcina Pałysa, w wywiadzie dla studenckiej gazety „PDF” wypowiadał się następująco:

– Problem jest taki, że programów tak naprawdę nie ma. To jest koncert życzeń. Brak jest konkretnych rozwiązań, które miałyby być wdrożone na uniwersytecie, co wynika z obawy, że urazi się którąś z grup wyborców. Dlatego kandydaci są wstrzemięźliwi, jeśli chodzi o mocne rozwiązania. Choć wydaje mi się, że część z nich rozwiązania drastyczne, ale w dłuższej perspektywie pozytywne dla uniwersytetu, by wprowadziła. Szkoda, że nie ma odwagi, aby mówić o tym głośno.

5.

Doktor habilitowana Małgorzata Jacyno z Instytutu Socjologii, która w tym roku będzie członkiem Kolegium Elektorów, uważa, że nie tylko studenci mało angażują się w życie uniwersyteckie.

Pracownicy naukowi, doktoranci, pracownicy administracyjni nie identyfikują się z Uniwersytetem. Nie postrzegają siebie samych jako grup o specyficznych interesach. To między innymi dlatego polityka na uczelni wygląda tak, jak wygląda – mówi.

Tak zwani „pracownicy administracyjni” to grupa złożona z osób pracujących na bardzo różnych stanowiskach, o bardzo różnych interesach. Ciężko, żeby mówili jednym głosem – mówi mi jeden z pracowników biblioteki Wydziału Filozofii i Socjologii. Pracownicy tej biblioteki są na UW wyjątkowi – mogą pochwalić się własną organizacją związkową.

Problem dostrzega też Monika Helak z KKHP:

–  Doktoranci są słabo zorganizowani, ale z drugiej strony trudno, żeby czuli, że ich głos jest słyszany, skoro jest ich około 3200, a reprezentuje ich zaledwie 5 elektorów. Powinniśmy to zmienić – mówi.

Dr Bogdan Dziobkowski, zastępca dyrektora ds. studenckich w Instytucie Filozofii, potwierdza, że wśród pracowników naukowych wybory rektorskie nie wzbudzają dużych emocji, jednak uważa, że powody tego są inne:

Rektor ma stosunkowo niewielki wpływ na “codzienne” funkcjonowanie nauczycieli akademickich. Dużo ważniejsze są dla nich wybory Dyrektora Instytutu czy Dziekana.

Rola rektora wcale nie jest jednak poślednia. Poza tym, że reprezentuje Uniwersytet na zewnątrz, podejmuje m.in. decyzje dotyczące mienia i gospodarki Uniwersytetu. Wiele jego kompetencji wymaga współdziałania z Senatem UW, jednak to w rektoracie powstają inicjatywy i projekty dotyczące przyszłego funkcjonowania Uniwersytetu.

6.

To, że oficjalna kampania nie istnieje, bynajmniej nie oznacza, że nie prowadzi się jej nieoficjalnie. W takich warunkach urzędujący rektor ma do wykorzystania znacznie więcej środków, niż jego kontrkandydaci – ostatnim, któremu nie udało się uzyskać reelekcji, był Andrzej Wróblewski, które przegrał wybory w 1993 roku.

Korzystając z okazji, jaką stanowi niedawna decyzja rządu zatwierdzająca dofinansowanie wieloletniego planu rozwoju UW, rektor zaczął pojawiać się na radach wydziałów, czego na co dzień raczej nie robi.

Rektor i prorektorzy uczelni mogą uczestniczyć w posiedzeniach rady wydziału na zaproszenie dziekana – pisze w mailu Anna Korzekwa, rzecznik prasowa UW. – Rektor Uniwersytetu prof. Marcin Pałys był zapraszany na posiedzenia rad wydziałów w związku z listopadową decyzją Rady Ministrów o sfinansowaniu wieloletniego planu rozwoju UW. Rektor UW był także gościem posiedzeń rad wydziałów w związku z przygotowywaniem strategii rozwoju: Wydziału Artes Liberales i Wydziału Chemii oraz sytuacją lokalową Wydziału Nauk Ekonomicznych oraz Wydziału Psychologii.

Nie ma nic złego w tym, że rektor odwiedza rady wydziałów, żeby przedstawić wieloletni plan rozwoju UW (tym bardziej, jeśli dzieje się to na prośbę dziekanów). Uchwała Rady Ministrów zapewniająca finansowanie tego planu była dużym wydarzeniem dla całej społeczności uniwersyteckiej. Jednak ciężko nie zauważyć, że w sytuacji zbliżających się wyborów jest to dobra okazja do przekonania nieprzekonanych członków Rad.

Szkoda, że rektor nie pojawił się u nas raczej na początku swojej kadencji – mówi jeden z pracowników naukowych Wydziału Filozofii i Socjologii.

7.

Z jednej strony kandydaci nie prowadzą wyrazistej kampanii, bo wygodnie trzymać się obowiązującej od lat narracji, że Uniwersytet czekają ciężkie czasy i trzeba odłożyć wielkie plany i skupić się na zarządzaniu, z drugiej strony, szkolnictwo wyższe rzeczywiście jest tragicznie niedofinansowane i możliwości prowadzenia polityki są ograniczone – mówi dr Jacyno.

Skoro kandydaci nie mają ani możliwości, ani chęci, by proponować konkretne rozwiązania w najistotniejszych kwestiach, na jakiej podstawie elektorzy wybierają jednego z nich?

Dr. Dziobkowskiemu brak gorącej kampanii nie przeszkadza:

Głosowanie indykacyjne to wspaniały system. Sprawia, że kandydatami zostają osoby znane i cenione w środowisku akademickim. W ten sposób unikamy długotrwałej, żmudnej kampanii wyborczej, która raczej nie przystoi obywatelom akademickim. Choć rzeczywiście, nawet kiedy kandydaci zostają już formalnie wyłonieni, dyskusja jest zwykle prowadzona na dość dużym poziomie ogólności.

Widać to było podczas debaty sprzed czterech lat. Relacjonowała ją telewizja uniwersytecka UW.3D. UW.3D przestała istnieć, jednak nagrania z prezentacji kandydatów wciąż można znaleźć na Youtube. Marcin Pałys skupiał się na rozwoju badań, Marek Wąsowicz – na tym, że potrzebne są starania, aby zmienić system finansowania uczelni, Alojzy Nowak – na współpracy z biznesem. Prezentacje były jednak na tyle ogólnikowe, że nietrudno zrozumieć profesora Nowaka, który zaczął od stwierdzenia, że jest w trudnej sytuacji, ponieważ „w zdecydowanej większości zgadza się z tym, co powiedzieli jego przedmówcy”. Każdy by się zgodził.

Anna Korzekwa w oświadczeniu wydanym w reakcji na demonstrację Uniwersytetu Zaangażowanego pod Biblioteką Uniwersytecką pisze, że po prezentacjach nastąpiła część, podczas której każdy mógł zadać kandydatom pytanie. Trwała, jak pisze rzeczniczka prasowa UW, aż 5 godzin. Być może zatem podczas niej zostały poruszone bardziej konkretne problemy? Nie dowiemy się, ponieważ z tej części debaty nie ma już żadnej relacji.

Tegoroczny program Marcina Pałysa również nie wchodzi zbyt głęboko w szczegóły – wśród konkretnych zapowiedzi można wskazać m. in. wprowadzenie budżetu partycypacyjnego – corocznej kwoty pieniędzy przeznaczanej na oddolnie zgłaszane inicjatywy, o których wyborze decydowaliby studenci i pracownicy.

Przy okazji poprzednich wyborów odbyła się również debata na Wydziale Biologii UW, zorganizowana na zaproszenie dziekanów wydziałów ścisłych. W tym roku pewne jest jedynie obowiązkowe spotkanie przedwyborcze organizowane przez UKW, którego plan można znaleźć w uchwale UKW nr 18 z dnia 21 stycznia 2016 roku – odbędzie się 22 marca o godzinie 16 w auli Auditorium Maximum. O innych debatach na razie nie wiadomo, choć Maja Matuszewska twierdzi, że studenci powinni zorganizować własną.

Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej proponował rektorowi, aby wraz z kandydatami wyłonionymi w głosowaniu indykacyjnym wziął udział w specjalnej debacie w ramach konferencji organizowanej przez stowarzyszenie Miasto Jest Nasze. Debata miała dotyczyć tego, jak Uniwersytet Warszawski powinien współpracować z miastem (a jest jednym z największych pracodawców w województwie). Rektor Pałys odmówił uczestnictwa w debacie. Zgodził się wyłącznie na udział w panelu eksperckim. Stwierdził, że tego typu rozmowy powinny odbywać się w obrębie murów uczelni.

Marcin Sonnenberg

kontakt do autora: marcin.sonnenberg@wariograf.org

Komentarze: 1

  • Publikujemy odpowiedź Anny Korzekwy, rzeczniczki prasowej UW, na tekst Marcina Sonnenberga “Ćwiczenia z demokracji”:

    “Odniosę się do kilku kwestii, które moim zdaniem wymagają komentarza.
    1. Na początek: informowanie o wyborach.
    Autor tekstu pisze o facebooku i twitterze. Zajrzyjmy jeszcze na stronę uniwersytecką. Najstarszy wpis na ten temat wyborów pochodzi z 4 grudnia 2015.
    Zaledwie dzień wcześniej Uczelniana Komisja Wyborcza opublikowała harmonogram wyborczy, więc był już materiał na pierwszy tekst. Później były kolejne notatki o wyborach. Właściwie na stałe jest tam „przypięta” choć jedna wiadomość, która dotyczy wyborów (wystarczy spojrzeć na tagi: wybory rektora, wybory 2016). O zebraniach wyborczych na wydziałach i w innych okręgach informowały też „lokalne” komisje wyborcze. Sama (jako wyborca w okręgu nr 5) dostałam 3 zawiadomienia mailem, widziałam też plakaty z informacją o głosowaniu.
    Czy ta liczba komunikatów sprawiła, że sala w Auditorium Maximum, gdzie odbywały się nasze wybory pękała w szwach? Nie. Frekwencja w naszym – bardzo licznym okręgu (ok. 900 osób) – była w okolicach 30 proc. Niestety nie ma prostego przełożenia między liczbą komunikatów i zachęt a frekwencją wyborczą. A szkoda bo – i tu polemizuję z cytowaną przez Autora – panią Moniką Helak – na pewno każdemu kandydatowi zależałoby na wysokiej frekwencji, bo to daje silny mandat do późniejszego pełnienia funkcji.
    W sprawie facebooka warto się wspólnie zastanawiać, jak zapewnić by informacja (i komentarze pod nią) nie mogła być potraktowana jako agitacja wyborcza. To kluczowa kwestia dla instytucjonalnych kanałów komunikacji.
    2. Kolejna sprawa. Autor pisze, że zeszłoroczny list rektora w sprawie zmian w regulaminie studiów został źle przyjęty przez „wielu” pracowników.
    To jest narracja promowana przez Uniwersytet Zaangażowany. Oczywiście widziałam na fb pojedyncze wpisy pracowników, którym się ten list nie podobał. Ale widziałam też listy zupełnie odmienne. Pracownicy UW to 7 tys. osób, bardzo duża i bardzo zróżnicowana grupa i stwierdzenie, że „wielu” z nich się ten list nie podobał, jest co najmniej ryzykowne.
    3. Autora nie przekonały też słowa rektora który, zapytany przez dziennikarzy o protesty Uniwersytetu Zaangażowanego w sprawie regulaminu studiów mówił, że „poglądy prezentowane przez Uniwersytet Zaangażowany nie zyskały większości w Parlamencie Studentów UW”.
    Na potwierdzenie słów rektora są twarde dane. Zmiany w „Regulaminie studiów” musiały być zatwierdzone przez Parlament Studentów UW. I w głosowaniu, które odbyło się 11 maja 2015, parlamentarzyści studenccy zagłosowali za ich przyjęciem (czyli wbrew temu, co postulował UZ).”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *